Ja na początek fermentowałam liście malin i poziomek, ale plany mam o wiele szersze. W sieci mnóstwo jest przepisów na ten temat, przeczytałam je wszystkie
1. Zerwane liście rozkładamy w suchym przewiewnym miejscu do zwiędnięcia (ok 2-3 godziny).
2. Następnie trzeba się nad nimi poznęcać: metoda tradycyjna nakazuje zwijanie ich w kulki w palcach i ugniatanie, mocne, nawet do puszczenia soku. Ja idę na łatwiznę, liście z grubsza mielę w robocie kuchennym.
3. Zgniecione liście ciasno upychamy w słoiku - naprawdę ciasno, mi do 2-litrowego weszły liście rozłożone na powierzchni metra kwadratowego
4. Słoik zakręcamy (niezbyt mocno, bo potem będzie problem, o którym piszę poniżej).
5. Wstawiamy do piekarnika ustawionego na najniższą temperaturę (zalecana ok 30-40 stopni, ale ja nie mam termometru, więc na oko).
6. "Pieczemy" 2-3 godziny (zależnie od rodzaju i liczby liści). Gdy zmienią kolor na zgniłozielony lub brązowy, a w kuchni roznosi się wyraźny zielny zapach są gotowe.
7. Słoik wyciągamy i od razu odkręcamy (jeśli tego nie zrobimy to się fest zasysa, bo w środku wytarza się wilgoć, dlatego też nie należy mocno zakręcać)
8. Zawartość czyli mokrą kupkę liści intensywnie pachnących ziołami i owocami, po wystygnięciu wyjmujemy ze słoika. Powinny być mocno zlepione, więc rozrywamy je palcami, rozkładamy cienką warstwą na blasze i ponownie wstawiamy do piekarnika na 40 stopni, aż do całkowitego wysuszenia (uwaga: schną o wiele szybciej niż świeże liście, więc trzeba pilnować, żeby nie przesuszyć).
I gotowe. Wczoraj zrobiłam sobie napar z miksu suszonych i fermentowanych poziomkowych. Wyszła fantastyczna lekka herbata o zapachu poziomek.






