Skłądniki:
- szklanka cukru (w oryginale brązowego)
-1/2 szklanki margaryny lub masła
- 1/3 szklanki soku pomarańczowego (dałyśmy trochę mniej, ale za to też trochę miąższu)
- starta skórka z 1 pomarańczy (pominęłyśmy, w zamian dałam łyżeczkę zapachu pomarańczowego)
- 1 jajko
- szczypta soli
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia (w oryginale winianu potasu, cokolwiek to jest
- 1 łyżeczka sody
- 2 szklanki mąki
Masło utrzeć z cukrem, jak będzie jednolita masa dodać sok z pomarańczy i skórkę oraz rozbełtane jajko. Na koniec dodać mąkę z wmieszanymi sodą i proszkiem.
Wychodzi bardzo miękkie ciasto, w oryginale proponują, żeby wycinać ciastka z rozwałkowanego albo robić kuleczki i rozgniatać na małe placuszki - Sara robiła właśnie tak. Dodatek proszku zamiast winianu spowodował prawdopodobnie to, że ciastka się bardzo rozlały po blasze, w związku z czym nie warto formować placuszków, lepiej po prostu ułożyć jednolitą warstwę na blasze i potem łamać na kawałki, jak ja zrobiłam.
Piec w temperaturze 180 stopni przez 10-15 minut. Po upieczeniu są lekko mokrawymi naleśnikami, więc trzeba zostawić w spokoju na ok. pół godziny, wtedy twardnieją i się robią takie kruche cienkie biszkopciki.
Z podanych proporcji nam wyszły dwie blachy, takie oryginalne z piekarnika, więc większe niż do pieczenia.
